Michał Asperski – kaliszanin, który przebiegł najtrudniejszy ultramaraton na świecie - „Cieszę się tym co zrobiłem”

2019-04-19 12:50:00 red.

Do naszej redakcji na IV piętrze wszedł oczywiście po schodach: bez zadyszki i z uśmiechem na twarzy. Nic dziwnego przecież jeszcze kilka dni temu przemierzał z plecakiem Saharę. Mowa oczywiście o kaliszaninie, Michale Asperskim, który wziął udział w najtrudniejszym ultramaratonie na świecie: Marathon des Sables przez Saharę spełniając jedno ze swoich życiowych marzeń.

źródło: facebook/Michał Asperski
źródło: facebook/Michał Asperski

Marathon des Sables wiodący przez piaski Sahary jest uznawany za najtrudniejszy i najbardziej wymagający ultramaraton na świecie. W ciągu pięciu dni trzeba pokonać 260 kilometrów – W nocy było zimno od 3 do 5 stopni Celsiusza i zawsze wiało. Spaliśmy w ośmioosobowych, berberyjskich namiotach otwartych z obu stron. Po pierwszej nocy, gdy obudziliśmy się zmarznięci i cali zasypani piaskiem, postanowiliśmy zmodyfikować nasze lokum, starając się je w miarę możliwości zamknąć. Noce były bardzo ciężkie. Jedni chrapali, inni się wiercili – mówi Michał Asperski – Całe szczęście nie było żadnego robactwa, nic nie gryzło. Widziałem tylko jednego skorpiona, ale było bezpiecznie – dodaje.

Pobudka była o wschodzie słońca, o 5.30 i od tego czasu trzeba było przygotować się do kilkudziesięciu kilometrów biegu – Trzeba było przede wszystkim odpowiednio zadbać o stopy, aby uchronić je przed odparzeniami, obtarciami i bąblami. Używałem do tego specjalnej maści, która impregnuje skórę przed wilgocią i chroni przed bakteriami. Następnie przychodził czas na przygotowanie posiłku. Każdy korzystał tylko i wyłącznie z tego co niósł na plecach – mówi Michał, który dla urozmaicenia diety do plecaka zapakował sobie nawet kawę – jak twierdzi ten gorący napar wypity od rana dawał mu przyjemność i komfort psychiczny.

Podstawą w biegach tego typu jest oprócz treningów odpowiednie przygotowanie plecaka poczynając od tego na czym będziemy spali, w co będziemy ubrani, aż po najważniejsze, czyli jedzenie – Organizator określił minimum kaloryczne na poziomie 2000 kalorii na każdy dzień, a wydatek energetyczny jest na poziomie 5000 kcal. Ja miałem przygotowane około 2700 kcal. bardzo dobrze zbilansowanego jedzenia, zarówno pod względem kalorycznym jak i suplementacyjnym, czyli odpowiedniego uzupełnienia mikro i makro elementów oraz soli mineralnych – mówi Michał Asperski podając za przykład śniadanie złożone z kuskusu z rodzynkami, orzechami i mlekiem kokosowym.

Pierwsze trzy dni zawodów odbywały się ze startu wspólnego. Przed startem odgrywano „hymn” imprezy “Highway To Hell” ACDC w rytm którego, wszyscy podrygiwali, w miarę upływu dni na coraz to bardziej zmęczonych nogach. – Podczas każdego etapu, na trasie w punktach kontrolnych wydawana była woda. Dostawało się jej od jednej do dwóch butelek, w zależności od dystansu dzielącego zawodnika do kolejnego punktu kontrolnego. Na zakończenie każdego dnia były rozdawane trzy do pięciu butelek wody. Ilość ta musiała wystarczyć na nawodnienie, przygotowanie jedzenia na dzień bieżący oraz siadanie i przygotowanie napoju izotonicznego na dzień następny – mówi kaliszanin – Przez pierwsze trzy dni pokonywaliśmy od 32 do 39 kilometrów. Czwartego dnia startowałem w grupie najlepszych 50 zawodników tzw.TOP50, trzy godziny po starcie reszty zawodników. Do przebiegnięcia miałem 77 kilometrów. Dzień ten okazał się najcięższy ze wszystkich nie tylko ze względu na dystans ale i na skumulowane zmęczenie z poprzednich dni. Nie mając doświadczenia w wieloetapowych biegach źle rozłożyłem siły. Pierwszy dzień który ukończyłem na 36 pozycji oraz kolejny zakończony z 26 lokatą odbiły się czkawką na długim dystansie podczas którego musiałem zmagać się z wieloma kryzysami jakich nigdy wcześniej nie doświadczałem. Kłopoty z żołądkiem i wielokrotne torsje zmusiły mnie w pewnym momencie do przerwania biegu i dłuższego odpoczynku. Przeszło mi wtedy przez głowę pytanie czy uda mi sie dobiec do końca etapu, jednak już chwilę później przypomniały mi się słowa zasłyszane kiedyś na jednym z biegów “I you think You will lose, You Lost”. Wtedy wstałem i powoli ruszyłem dalej, stopniowo nabierając tempa które utrzymałem już do linii mety.

Michał zajął ostatecznie 44. miejsce w kategorii open oraz 15 w swojej grupie wiekowej. W biegu brało udział blisko 900 zawodników.

Z biegu odpadło około kilkaset osób. Zaskoczeniem dla naszego biegacza był przyjazd kompletnie nieprzygotowanych biegaczy, szczególnie z Japonii. No właśnie, jak długo trzeba się przygotowywać do tak trudnego biegu? – Przygotowanie do takiego biegu trwa całą karierę. Jednak stricte pod ten bieg przygotowywałem się pół roku, robiąc plan treningowy na złamanie trzech godzin w maratonie. Do tego doszedł trening siłowy, czyli biegi z 10 kilogramowym plecakiem oraz ćwiczenia w saunie na orbitrecku w temp. 40-50 *C, które dały mi naprawdę bardzo dużo – twierdzi Michał, dzięki tym treningom lepiej wytrzymywał nawet ponad 40 stopniowe temperatury – Najgoręcej było wtedy gdy biegliśmy po wyschniętych słonych jeziorach. Biała warstwa soli na ich powierzchni działa jak lustro potęgując odczucie ciepłą. Tam było prawdziwe piekło.

W biegu wzięło udział razem z Michałem jedynie czterech Polaków. Dlaczego tylko tylu? – Jest to bardzo popularna impreza ciesząca się renomą najtrudniejszego biegu świata wg. Discovery Chanel oraz wielu innych sportowych portali i magazynów. Myślę, że to w głównej mierze może odstraszać potencjalnych chętnych. Wiele osób również źle znosi wysiłek fizyczny w bardzo wysokich temperaturach, a w naszym klimacie w obecnym okresie ciężko jest się przygotować do tego typu wyzwania. Na zachodzie Europy łatwo dostępne są specjalne komory treningowe tzw. enviromental chamber, symulujące warunki klimatyczne tj. temperatura i wilgotność w których dane będzie startować zawodnikowi. W Polsce musimy jakoś “kombinować”, co też wielu zniechęca. Ja do tego celu wykorzystałem saunę i Orbitreca, o czym wcześniej wspominałem. Dało mi znaczną przewagę nad osobami które takiego treningu nie przeprowadzały – odpowiada Michał.

Podczas trwania całej imprezy organizatorzy wprowadzili zakaz używania telefonu na terenie obozu, jednak… wiele osób nie przestrzegało tego wymogu – W momentach gdy łapałem zasięg, dzwoniłem do rodziny lub wrzucałem jakieś wieści na fb. Jednak często tego kontaktu nie było i wtedy jedyną możliwością było wysłanie maila – mówi Michał.

W miasteczku biegowym znajdował się specjalny namiot, gdzie było 12 komputerów i każdy mógł wysłać jednego maila dziennie do 600 znaków. Był też telefon satelitarny – za 2 euro za minutę.

Ogromne wsparcie dawały Michałowi maile – Dostawałem ich bardzo dużo, chyba najwięcej z całego namiotu. To był najprzyjemniejszy moment całego dnia, ponieważ wieczorem wiadomości te były drukowane i rozdawane na kartkach. Podczas gdy wszyscy koledzy dostawali po jednej nie całkiem zadrukowanej kartce, ja dostawałem ich cztery-pięć, nawet od ludzi których nie znałem. Motywowało mnie do dalszego działania i podnosiło na duchu. To było naprawdę przyjemnie, czytałem je parokrotnie – jak wiezień na zesłaniu – mówi z uśmiechem Michał.

Oczywiście na tak wymagającym biegu nie zabrakło przygód – Miałem jedną sytuację na trasie. Czasami podczas bardzo długich lub wyczerpujących biegów mam umiejętność wyłączenia umysłu, przejścia w swego rodzaju “stand by”. Kilometry wtedy mijają, a ja nie odczuwam tak wielkiego zmęczenia. Tak też się stało i tym razem. W pewnym momencie podnoszę głowę i patrzę: nikogo wokół nie ma. Trochę się przestraszyłem, ale mieliśmy w plecakach roadbooka, w którym są dokładnie wypisane punkty z określeniem kierunku i jak się kierować do następnego z nich za pomocą kompasu. Ustawiłem kierunek na 156 stopni SE i ruszyłem według przyrządu. Nagle nade mną pojawił się helikopter. Dałem im znak, że jest ok, oni zobaczyli, że biegnę we właściwą stronę, dlatego odlecieli. Wszystko dobrze się skończyło. Organizacja biegu była na najwyższym poziomie – mówi kaliszanin.

Każdy dzień obfitował w różne ciekawe sytuacje. – Jedna z nich, może niezbyt przyjemna przydarzyła się już drugiego dnia gdy w roztargnieniu na jednym z punktów zapomniałem zamknąć suwaka w jednej z kieszeni plecaka. Zacząłem biec i dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że wszystkie rzeczy, które się tam znajdowały wypadły, min. czołówka którą udało mi się odnaleźć, a bez której zostałbym zdyskwalifikowany ponieważ była na liście obowiązkowej sprzętu. Nie udało mi się jednak odnaleźć flagi Kalisza, z którą miałem zamiar wbiec na metę oraz łyżka, niby nic, a jej brak sprawił mi sporo kłopotów. Najpierw próbowałem wyciąć coś na jej kształt z butelki po wodzie, jednak bardzo kaleczyła usta. Później wykombinowałem coś na kształt łyżki ze składanej szczoteczki do zębów i używałem tego aż do ostatniego dnia. Mówią, że potrzeba matką wynalazków i to się sprawdziło – wspomina Michał.

Jak się czuje człowiek który kończy najtrudniejszy ultramaraton świata? – Jest to przede wszystkim uczucie ulgi, że się skończył ten etap. Jest to też euforia, zadowolenie z tego co się zrobiło i duża przyjemność – twierdzi i dodaje – Na razie nie mam planów na kolejne starty. Teraz cieszę się tym co zrobiłem i wspomnieniami. W głowie oczywiście już coś kiełkuje, o czymś się myśli ale nie ma to jeszcze konkretnej formy. Nie potrafię żyć bez planu, bez jakiegoś celu do którego dążę. Daje mi to motywacje do treningów, do działania nie tylko w sferze sportowej.

OPINIE UŻYTKOWNIKÓW:

TE ARTYKUŁY MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ