Społeczne
„Bez pamięci nas nie będzie” – 86. rocznica pierwszych deportacji kaliskich Żydów
Mija 86 lat od pierwszych deportacji kaliskich Żydów. We wtorek 2 grudnia na skwerze Rozmarek odbyła się uroczystość upamiętniająca tamte tragiczne wydarzenia.
Wśród obecnych znaleźli się m.in. wiceprezydent miasta Grzegorz Kulawinek, Hila Marcinkowska – przewodnicząca Rady Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, Tsippy Ganan – potomkini rodziny kaliskich Żydów, Sławomir Lasiecki – przewodniczący Rady Miasta Kalisza, Andrzej Wojtyła – rektor Uniwersytetu Kaliskiego, radni, przedstawiciele służb mundurowych, Obywateli RP, KOD-u Kalisz, Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Adama Asnyka oraz uczniowie kaliskich szkół.
– Przed wybuchem drugiej wojny światowej co trzeci mieszkaniec Kalisza był wyznania mojżeszowego. Żydzi, obok katolików, ewangelików i prawosławnych, współtworzyli nasze miasto, jego kulturę, rytm codzienności, jego historię. Kalisz był ich domem tak samo jak naszym. Historia Polski niesie w sobie zarówno chwile chwały, jak i karty naznaczone dramatem i bólem. Zagłada Żydów mieszkających w Polsce, dokonana przez niemieckiego okupanta, należy do najciemniejszych momentów naszych dziejów. Holokaust był przerażającą, nieludzką machiną, która odebrała życie milionom ludzi tylko dlatego, kim byli.
W Kaliszu tragedia rozpoczęła się już w listopadzie 1939 roku. Wysiedlenia prowadzone na masową skalę objęły tysiąc żydowskich mieszkańców naszego miasta. Hala targowa braci Szrajerów, stojąca tuż obok, na dzisiejszym Nowym Rynku, stała się obozem przejściowym. W straszliwych, upokarzających warunkach stłoczono w niej kilkanaście tysięcy ludzi. Od 2 do 14 grudnia Niemcy wywozili ich pociągami na wschód – do Krakowa, Lublina, Sandomierza czy Rzeszowa. Ci, którzy pozostali w hali, ponad tysiąc osób, zostali przetransportowani do obozu pracy w Koźminku. W samym Kaliszu została już tylko garstka ocalałych. Dla nich przy ulicy Złotej utworzono getto. Dla większości tych ludzi była to jednak dopiero zapowiedź nadchodzącego piekła. Te wydarzenia działy się tu, wśród tych ulic, w murach tych domów, w miejscach, które znamy i mijamy codziennie. I dlatego właśnie są tak bolesne dla nas wszystkich, bo dotyczą nie anonimowych postaci z książek, ale naszych dawnych sąsiadów, mieszkańców Kalisza.
Dziś, kiedy wspominamy rocznicę deportacji kaliskich Żydów, zbieramy się nie tylko po to, by oddać im hołd. Jesteśmy tu, by w ciszy i skupieniu powiedzieć, że pamięć o nich jest żywa, że nie pozwolimy, by zostali zapomniani. Mamy obowiązek moralny, ludzki i historyczny przypominać te wydarzenia młodszym pokoleniom, by nikt nigdy nie uznał, że ta historia jest zbyt bolesna, by o niej nie mówić; by nikt nigdy nie zapomniał, dokąd prowadzi nienawiść, pogarda i dehumanizacja. Pamięć o kaliskiej społeczności żydowskiej jest częścią naszej tożsamości, a pamiętając, oddajemy im to, czego okupanci chcieli ich pozbawić – godności, obecności i miejsca w historii naszego kochanego miasta – mówił podczas uroczystości wiceprezydent Kalisza, Grzegorz Kulawinek.


Głos zabrała Hila Marcinkowska, przewodnicząca Rady Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, która przybliżyła historyczny kontekst deportacji i podzieliła się poruszającą opowieścią o losach jednej z kaliskich rodzin.
– Przenieśmy się na chwilę w te jesienno-zimowe dni 1939 roku, wracając do Kalisza. Niemcy zmieniają wszystko, co polskie, zmieniają nazwy ulic, zmieniają adresy zamieszkania. Ludzie zaczynają żyć w zupełnie innym świecie. Ale przede wszystkim w tych pierwszych okupacyjnych dniach to właśnie kaliscy Żydzi, kaliszanie, którzy stanowili jedną trzecią tego miasta, dotknięci zostali prześladowaniami. To oni musieli zgłosić cały swój majątek, to oni musieli być zarejestrowani. Dokładnie zarejestrowano, ile osób w każdym mieszkaniu przebywa, jaki mają majątek, jakie mają konta bankowe, jaką mają gotówkę, ile mają nawet pościeli czy kryształów. Wszystko to Niemcy skrupulatnie zapisali. Zaczęły się prześladowania religijne, zabroniono modlitwy w synagogach, a same synagogi zostały ograbione. Sprofanowano zwoje Tory z ulicy Wodnej i ulicy Ciasnej, wynosząc je z bożnic i nakazując religijnym Żydom podpalenie tych zwojów. Dla religijnego Żyda Tora, czyli Stary Testament, jest księgą na tyle świętą, że nawet palcem jej nie można dotknąć. Niemcy kazali spalić święte księgi, kazali rozebrać się młodym żydowskim dziewczętom i tańczyć wokół stosu. Ale to nie było najgorsze – najgorsze dopiero miało nadejść.
Od listopada tu, gdzie się znajdujemy, w budynku synagogi, którego już nie mamy, ten plac także był otoczony drutem kolczastym, zaczęto gromadzić kaliskich Żydów. Ale największym ośrodkiem deportacyjnym, obozem deportacyjnym, był budynek hali targowej braci Szrajerów, czyli tam, gdzie obecnie znajduje się Tęcza. To tam zgromadzono prawie 18 000 kaliskich Żydów w nieludzkich warunkach. To była hala targowa, ludzie spali na półkach, na ladach targowych. Tam przebywali przez kilka tygodni. 2 grudnia zaczęto masowe deportacje. Właśnie 2 grudnia wyruszyły dwa pierwsze transporty [...] Przed wojną społeczność żydowska stanowiła jedną trzecią mieszkańców, to było ponad 32 000 obywateli narodowości żydowskiej, obywateli wyznania mojżeszowego. Po wojnie do Kalisza wróciły 2772 osoby, z czego około 1700 to byli Żydzi urodzeni przed wojną w Kaliszu. Pozostali to ci, którzy ze względu na przesunięcie granic nie mogli wrócić do swoich domów bądź chcieli budować życie żydowskie tutaj – ludzie z Wilna, Stanisławowa.

W swoim wystąpieniu Marcinkowska przytoczyła historię Heleny Bloom, młodej kaliszanki, która przeżyła wojnę:
– Helena Bloom urodziła się 16 października 1923 roku. Jej matka zmarła, gdy była dzieckiem, ojciec ponownie się ożenił i rodzina mieszkała przy ulicy Grodzkiej 11, bardzo blisko stąd. Helena miała przyjaciółkę, również Helenę, o nazwisku Barciszewska. Razem chodziły do szkoły, przyjaźniły się, dzieliły życie, jak to nastolatki.
Helena Barciszewska została jesienią 1939 roku rozstrzelana przez Niemców. Natomiast Helena Bloom została deportowana w 1939 roku do Ostrowa, przebywała tam do sierpnia 1942 roku. Była tam w getcie. Kiedy wraz z innymi Żydami została zapakowana do bydlęcych wagonów i kiedy te wagony ruszyły do obozów natychmiastowej zagłady, udało jej się uciec, wyskoczyła z pociągu. Znalazła się w szczerym polu, znalazła ludzi, którzy jej pomogli.
Miała też dokumenty Heleny Barciszewskiej, kaliszanki, swojej przyjaciółki, i to właśnie te dokumenty uratowały jej życie. Zgłosiła się do pracy w gospodarstwie niemieckim, tam pracowała całą wojnę, opiekując się dziećmi gospodarza. Niemiec nigdy nie podejrzewał, że mogła być Żydówką, miała polskie papiery, spotykała się z Polakami, więc ta polska tożsamość była dla niej wiarygodna.
Przed wkroczeniem Sowietów Niemiec postrzelił Helenę na tyle poważnie, że mogła stracić życie. Uratował ją lekarz – przeszła kilkanaście operacji. Przeżyła wojnę i powróciła do Kalisza. Zarejestrowała się w kaliskim Komitecie Żydowskim. Do Kalisza przyjechał także jej brat, Szlomo Blum – również się zarejestrował, lecz bardzo szybko wyjechał z Polski, do Niemiec, potem do Palestyny.
Helena miała nadzieję odnaleźć kogokolwiek z wielorozgałęzionej rodziny. Okazało się, że przeżyła tylko ona i jej brat. Nikt z pozostałych członków rodziny nie przeżył. Wszyscy deportowani z Kalisza jesienią 1939 roku ponieśli śmierć w komorach gazowych obozów natychmiastowej zagłady.
Helena postanowiła wyjechać do Łodzi, tam było większe skupisko żydowskie. Namówiono ją, by wyjechała wraz z innymi Żydami do Niemiec, do obozu przejściowego, z którego będzie można uzyskać emigrację. Wyjechała do Bergen-Belsen, który jeszcze niedawno był obozem śmierci, okrutnym obozem śmierci, a stał się obozem ratującym powracających do życia: Żydów, Polaków, Francuzów.
W Bergen-Belsen poznała przyszłego męża, Harry’ego Bergera. Małżonkowie w obozie wzięli ślub. Nie mieli ani sukienki, ani garnituru – pan młody poszedł w ubraniu, które miał, a Helena musiała zrobić dla siebie welon oraz na szyję dla męża wstążkę z poszewki, którą przywiozła z Kalisza. To był jedyny odświętny element jej stroju weselnego.
Małżonkowie dostali pozwolenie na wyjazd do Ameryki i 30 maja 1949 roku dopłynęli do Nowego Jorku. Helena zmarła w 2008 roku w stanie New Jersey. Jest jedną z nielicznych, które przeżyły deportację z Kalisza.
Szanowni Państwo, jak każdego roku pragnę podziękować. Dziękuję młodym ludziom ze szkół, dziękuję szkołom, Uniwersytetowi, służbom mundurowym. Ale przede wszystkim dziękuję zwykłym kaliszanom, którzy pamiętają i chcą pamiętać, bo bez pamięci nas nie będzie – podsumowała.
Uroczystości na Rozmarku, jak co roku, zakończyły się złożeniem kwiatów i zapaleniem zniczy pamięci w miejscu, gdzie przed wojną tętniło życie żydowskiej dzielnicy.


Jeśli spodobał Ci się nasz artykuł,
wrzuć nam coś do kapelusza :)
Wdzięczny Zespół Calisia.pl